Boliwia, La Paz.

Aż mnie ciarki przechodziły jak szłam do samolotu. Przelot nad Andami i  lądowanie na wysokości 4150 metrów w La Paz brzmi ekstremalnie.



Połowę samolotu zajmowała grupa ożywionych nastolatków z opiekunkami-zakonnicami, podobna grupa żegnała ich wylewnie w Cusco. Sceny wzięte żywcem ze starego filmu z Natalią Oreiro. 

Potrząsało i rzucało nami, a ja mówiłam do Krzysia- oto wyśnił się  twój sen, jesteśmy na najwyżej położonym lotnisku na świecie. Już nie palcem po mapie, to prawdziwa przygoda.
Filmowałam  lądowanie ciesząc się, że samolot siadł bez strat w ludziach.
 Zabraliśmy bagaże zaskoczeni, że tak tu kulturalnie, nikt nie blokuje przejścia, wszyscy czekają aż wysiądziemy pierwsi, więc ruszyliśmy na podbój Boliwii.

Rozglądałam się i fotografowałam przejęta. Przed budynkiem zamierzałam ku pamięci pstryknąć napis "La Paz"
Patrzę, patrzę i nie wierzę,  AREQUIPA. Ale, że jak? Przecież odprawiliśmy się i weszliśmy do właściwego samolotu.  

Nie planowaliśmy odwiedzić Arequipy, chociaż to drugie największe miasto w Peru.
Pokazałam rozanielonemu Krzysiowi napis. Dziwną miał minę, taką- nic a nic nie rozumiem.
Krzyknęłam- wracamy! Biegliśmy jak alpaki do samolotu, jeszcze nie odleciał  z naszymi bagażami.  Wszyscy pękali ze śmiechu, nawet zakonnice nie miały litości. Nieźle się ubawili obserwując nasze zachowanie. Nawet nie zauważyliśmy lądowania w La Paz, tak wesoło się zrobiło.
Za bardzo przebieraliśmy  nogami, żeby usłyszeć zapowiedź o międzylądowaniu.


                                               El Alto, lotnisko i przedmieście La Paz.

Patrzę w dół z wysokości 4 tysięcy metrów!  Dla porównania: Kasprowy Wierch ma 1890,  Giewont 1894 metrów n.p.m.

Najwyżej położona metropolia na świecie  i największe miasto Ameryki Łacińskiej zamieszkałe przez rdzenną ludność.


                                    Jak wszędzie na świecie dzieci urocze i ciekawe obcych.


                                 Im wyżej, tym biedniej, zimniej i trudniej oddychać i rozpalić ogień.


Mi Teleferico to sieć kolejki linowej, którą można  w 10 minut dotrzeć z El Alto do La Paz . Autobus jest droższy i prędkość bywa ograniczona do 10 km. na godzinę.




             W La Paz jest wiele oficjalnych Miradores- punktów widokowych.

                                        Mirador Laikakota, widok na centrum miasta.





Nieopodal jest cudowny plac zabaw dla dzieci. 

                                          
                                             Tradycyjny strój Indianek Ajmara.

Melonik na głowie i kolorowa, błyszcząca spódnica nałożona na kilka sztywnych halek. Na ramionach  szale z alpaki spięte broszkami.

Ta moda jest wpływem hiszpańskiej inkwizycji, zmuszono je by dostosowały się do europejskich zwyczajów tamtej epoki.

Meloniki mają ciekawą historię. Otóż producenci meloników z Manchesteru, wysłali partię dla brytyjskich pracowników kolei w Boliwii.

Okazały się zbyt małe dla mężczyzn. Wtedy puścili fałszywą informację, że to damskie nakrycie głowy eleganckich Europejek.

Cholitas przypinają kapelusiki spinkami na różne sposoby: mężatki noszą melonik prosto, panny przechylony na bakier. Noszenie z tyłu oznacza, że związek jest skomplikowany.


Językiem urzędowym w Boliwii jest hiszpański, ale w małych miejscowościach ludzie mówią tylko językiem quechua lub aymara.

Świętością są liście koki. Pija się mate de coca, herbatkę z liści koki, która łagodzi objawy choroby wysokościowej.

Boliwijczycy wierzyli, że koka to dar bogów, ponieważ żucie świeżych liści pomagało znieść głód, ból i zmęczenie podczas niewolniczej pracy dla kolonizatorów.  Według legendy białym ludziom miała przynieść zgubę.

Uwielbiają fiesty, tańczą od najmłodszych lat.



                                       Są tu eksponaty z Tiwanaku a także innych kultur.







                                                                       Plaza Murillo.

Don Pedro Domingo Murillo był przywódcą rewolucji w 1809 roku, przeciwko hiszpańskiej okupacji.  Został powieszony na placu, gdzie teraz stoi jego pomnik.




Spacerując podobną, urokliwa uliczką, zobaczylismy plakat 

"Teatro del Charango" invitados ( zaprasza)

Zaciekawieni poszliśmy do Muzeum Instrumentów, gdzie odbył się piękny koncert.

 Ernesto Cavour jest znanym, koncertującym na całym świecie artystą, grającym na charango, rodzaj maleńkiej mandoliny.




Targ czarownic. Tu nadal praktykuje się czary-mary Aymara.

 Znajdują się składniki, które mają zapewnić zdrowie, miłość, bogactwo, długie życie i ugłaskać duchy. Można podać problem i kupić wymieszane mikstury w kolorowych pudełeczkach, 



Najbardziej widoczne są suszone płody lam w różnych rozmiarach. Płody z poronień dodam, nie zabijają lam.

Dla turystów zabawna egzotyka, jednak oni traktuja to bardzo poważnie.













                                                                           

                                                    Indianki Quechua noszą białe kapelusze.







Każdy kraj w Ameryce Południowej ma cechy wspólne, ale  łatwo dostrzega się różnice. Zmienia się moda, kształt i kolor kapeluszy, inne pozycje w menu. To uwielbiam, najbardziej jak sama odkrywam coś nowego, czego nie wyczytałam w żadnym przewodniku. Boliwia jest biedniejsza, ale za to taka interesująca dla nas. Pięknie spędzony czas, chociaż to tylko krótki wypad przy okazji zwiedzania Peru.

4 komentarze:

  1. Za kazdym postem co raz bardziej sie ciesze, ze zaczelas pisac o swoich podrozach. Dziekuje za mozliwosc poznawania swiata w Waszym towarzystwie:**

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana Star, to dzięki Tobie zaczęłam i bardzo się cieszę, że tu zaglądasz.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak moglabym nie zagladac jak tu tak ciekawie i w dodatku tyle swiata, ktorego ja chocby ze wzgledu na zdrowie juz nie zobacze na zywo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dziekuję Ci. Mam wątpliwości, czy dość ciekawie, ale dzieki temu może się rozwinę:) Cusco w kolejce, przepiękne miasto.

    OdpowiedzUsuń

Nie odchodź bez słowa.

Wyjątkowe miejsca

Copyright © 2016 PAKUJ WALIZKI , Blogger