Panama cz. II. Indianie Embera.

Indianie Embera mieszkają wzdłuż rzeki Charges w Parku Narodowym Charges,  około 2 godzin jazdy samochodem z Panama City.

Czekało na nas kilkoro Indian we własnoręcznie zrobionym czółnie, żeby razem popłynąć do ich wioski. Poziom rzeki, był tak niski, że wspomaganie motorem nie pomagało i często musieli wyskakiwać i pchać. Po drodze mijaliśmy inne indiańskie wioski, kąpiące się dzieci w zatoczkach. 




                                                      Czekali do nas, z uśmiechem podając ręce.


Zagrali na powitanie, bardzo to miłe było. Wiadomo, że wieś żyje dzięki turystom i na ich przyjęcie ubierają się i wystawiają swoje wyroby. Ale nie jest to sztuczny skansen, oni tam przecież naprawdę żyją.


Na początek zaplanowano dla nas lunch. Rozmawialiśmy z naszymi przewodnikami i obserwowaliśmy przygotowania.  A dziecko obserwowało nas.


                                                  Olej się rozgrzewa i zaraz wyląduje tam ryba. 


                           Arbuz, ananas i marakuja kupione po drodze przez naszych przewodników.


                                                    Plantan, banan warzywny, smażony jak frytki.


                                                                Podane na liściu.

                       Dojrzewające na drzewach owoce są niezwykle słodkie i smaczne.


                                                          I rybka w łódeczce z liścia.


                                                                  Wonne zioła do mycia rąk.


                                                    Po posiłku spacer po wsi i dżungli. Wieś ma swoją zkołę.

                                      
                                Domy są urocze a egzotyczne rośliny podkręcają niezwykły obraz.



                                                                         Drzewo kalebasowe


 Po hiszpańsku guanabana, albo soursop, bardzo smaczny owoc,  lekko kwaskowaty, przypomina czerymoję. Robi się z niego doskonałe soki.



Ptaki można usłyszeć i zobaczyć tylko o świcie lub wieczorem, kiedy nie ma skwaru.


                                        Tradycyjne domy są budowane na palach.


                                   Byłam zauroczona wsią, ładem i egzotyką. Raj.



Miejsce zgromadzeń. Tu  wystawiają na sprzedaż swoje wyroby, koszyczki, miseczki plecione. Także tańczą dla turystów i opowiadają o swojej historii.


Wódz i jednoczesnie szaman,  opowiedział jak robią koszyczki, talerze i inne piękne rzeczy z liści palmy, malując naturalnymi barwnikami.

 Część plemienia Embera wyemigrowała ze współczesnej Kolumbii pod koniec XVIII wieku.

Większość żyje w niebezpiecznej dżungli Darien.  To bagnisto-leśny przesmyk o wymiarach około 160 km na 50 km, oddzielający panamską prowincję Darien i Kolumbię.

Zachowali własny język, kuchnię i kulturę taką samą, jak przed przybyciem Kolumba. Rząd dał im pewna autonomię, podobnie jak Indianom Kuna z San Blas.
Nie mogą jednak polować, łowią ryby, uprawiają owoce i warzywa, sprzedają rękodzieło turystom.


Pani prezentowała tradycyjny ubiór. Kiedyś sami tkali kolorowe stroje, teraz w stolicy ktoś  wykonuje ich projekty. Hibiskus we włosach jest piękną biżuterią.


                                              A potem zagrali i zatańczyli dla nas.



                                                Jeszcze  wspólne zdjęcie na pożegnanie.


Trochę dziwnie się czułam podpatrując ich  i robiąc zdjęcia, taka niedyskretna i dzika, bo oni byli naturalni i mnie palcami nie pokazywali, a przecież to ja byłam tam dziwadłem. ale wytłumaczyłam sobie, że z tego żyją, za to kupią dzieciom książki i niezbędne rzeczy. Na turystów się czeka, po drodze widzieliśmy wiele łodzi białasami i czekających Indian. Dla mnie to było piękne doświadczenie, przede wszystkim ze względu na otaczającą przyrodę i domki wtopione w dżunglę.
Bardzo miło spędzony dzień. 

2 komentarze:

  1. Bardzo przyjemna relacja! :)
    Parę spostrzeżeń, drobnostek. Ten liście na jakim układane były choćby owoce, nie pochodzą od bananowca, tylko z rośliny zwanej bijao.
    Wygląda tak...
    http://bit.ly/2nThLTC

    Te "bomby" przytwierdzone do pnia drzewa to nie owoce chlebowca tylko drzewa kalebasowego. Służą m.in. do wyrobu naczyń; misek itp.
    A chlebowiec wygląda tak:
    http://n.pr/2C8qXZh
    (Jest zgoda, że wygląda jak bycze jądra z gęsią skórką ;)

    Wydaje mi się też, że tym dużym owocem, wiszącym na drzewie i podtrzymywanym przez chłopca jest guanábana, po naszemu Flaszowiec miękkociernisty (albo graviola). Nie czerymoja.
    Jeśli chodzi o zdjęcia, bardzo ładne zbliżenia! :)
    Pozdrawiam,
    Marcin

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za wskazówki, od razu poprawiam, tak to nie było drzewo chlebowe, ani liść bananowca. Jednak będe się upierać, że to Czerymoja, bo go jadłam w Panamie, tu gdzie mieszkam też można kupić. Google pokazały mi, że flaszowiec peruwiański to inaczej czerymoja. Jak by nie rozważać, ta roślina na pewno jest z tego gatunku owoców. Dzięki za odwiedziny.

    OdpowiedzUsuń

Nie odchodź bez słowa.

Wyjątkowe miejsca

Copyright © 2016 PAKUJ WALIZKI , Blogger